O szukaniu punktów wspólnych czyli co łączy neapolitańczyków i górali?

Kiedy ląduję w Neapolu, czuję się, jakbym przyjechała do domu. Długo zastanawiało mnie, dlaczego czuję się tam tak dobrze i swojsko. W mieście, które dla mnie, introwertyczki, jest totalnie przeładowane bodźcami. Zaczęłam więc szukać w Neapolu tego, co znam, co mnie nie zaskoczyło, co sprawia, że mam deja vu jakbym już znała dane zachowanie lub sytuację. Potem zaczęłam porównywać neapolitańską rodzinę z moją, tradycyjnie śląską (po tacie) i góralską (po mamie). Tak już mam, zawsze szukam punktów wspólnych. Znalazłam ich kilka. Dlatego dziś, nietypowo, opowiem wam o tym, co łączy neapolitańczyków i górali.

Co łączy neapolitańczyków i górali?

Forma per “Wy”

Zwróciliście kiedyś uwagę na to, że w Neapolu per pan/pani to nie forma trzeciej osoby liczby pojedynczej Lei, ale druga osoba liczby mnogiej Voi?
Mammę Alfonso pytam “Come state/ come vi sentite?” (Jak się pani miewa/czuje?). Dla mnie to sytuacja super-naturalna, bo… tak mówiłam do mojej babci. Do dziś, ja i moi kuzyni, zwracamy się tak do wujków i cioć na Podhalu. Ciocię pytam więc: “Jako sie miewocie” albo “Co tam gazdujecie”?
Jako nastolatka buntowałam się przeciw takim archaizmom, a jako dorosła kobieta pokornie używam ich w rozmowie z mammą ;)

Nie ma obciachowych pytań

Włoszka na Południu wypyta was o wszystko. Kiedyś na mszy podeszła do mnie pani i zapytała czy przyjechałam do pracy. Biedna, nie mogła skupić się na kazaniu nie wiedząc, kim jest ta straniera obok.
Nie rusza mnie to, bo wszystkie możliwe pytania usłyszałam już… tak, na Podhalu. Tam od małego nikt nie był anonimowy. Nawet wchodząc do busa kierowca pytał “A cyjaś ty?” i dopiero gdy mówiłam, że “od Helenki Salowej”, dostawałam bilet.
Z biegiem lat nauczyłam się, że są ludzie, którzy nie zasną, jeśli nie będą na bieżąco ze wszystkim. Taki już ich (wątpliwy) urok.

Pierwsze wrażenie jest tylko wrażeniem

Neapolitańczycy wydają się bardzo otwarci. Im lepiej ich poznaję, tym częściej widzę, że to tylko wrażenie. Neapolitańczyk opowie ci historię życia, ale nie masz pewności, że to jego historia. Zrobi scenę, rozedrze szaty, rzuci się na ziemię, bo jest urodzonym aktorem, a potem wróci do domu i to, co naprawdę go boli zostawi w środku. Moje koleżanki, które mają neapolitańskie teściowe, potrzebowały kilku lat, by poczuć, że stworzyły równą relację i zaczęły rozmawiać jak kobieta z kobietą, a nie jak Włoszka ze stranierą.
Choć, pozornie, krzykliwy neapolitańczyk jest inny niż skryty w sobie góral, to jedyne, co ich różni to pierwsze wrażenie, jakie robią na przyjezdnych.

*

To ciekawe, że nigdy tych góralskich cech nie lubiłam i zawsze je odrzucałam. Teraz żartuję, że przechodzę “terapię Neapolem”. Wracam do przeszłości, do dzieciństwa, do mamy i taty. Doceniam tradycje i bogactwo, które dała mi moja rodzina. Dorastanie w domu, gdzie przywykłam do mówienia po polsku i w dwóch gwarach. Pewnie dzięki temu, nie wiem nawet kiedy, zaczęłam rozumieć neapolitański. Gdy mówię, że w Neapolu czuję się jak w domu, nie mam na myśli żadnych pseudo-zachwytów na potrzeby bloga, ale to, że tam jest wszystko, co znam.

Szukanie punktów wspólnych, tego, co łączy to coś, co wzbogaca moje podróżowanie. Podnosi je na wyższy poziom. Pozwala spojrzeć na temat z innej perspektywy.

Punktowanie różnic to łatwizna. Szukanie tego, co łączy to sztuka. Tej sztuki życzę sobie i wam na kolejne- nie tylko włoskie- podróże.

A presto!kawacaffe

 

 

O tym, jacy są neapolitańczycy przeczytasz też w tym tekście:
Neapolitańczycy okiem Luciano de Crescenzo

Chcesz pozostać na bieżąco? Zerknij na nasz profil:
* na Facebooku lub
* na Instagramie