Jest tyle pięknych miejsc, ale ja ich nie zobaczę

Od zawsze marzyłam o podróżowaniu, ale długo było ono poza moim zasięgiem. Kiedy w końcu mogłam spełniać moje marzenia, bardzo chciałam nadrobić stracony czas. Zasada była prosta: Jadę- zwiedzam- nie wracam drugi raz w to samo miejsce. Świat ma przecież tyle do zaoferowania!

Wybierałam cel i czytałam o tym, co “trzeba” zobaczyć, czego “muszę” spróbować, jakich miejsc i atrakcji “nie mogę” pominąć.
Biegałam od rana do wieczora, jakbym miała w tyłku małe śmigiełko, które nie pozwalało mi się zatrzymać dopóki nie wyrobię normy.
Z punktu A do B, do C, do D.
Tyle miejsc do zobaczenia, a czasu tak mało.

Po pewnym wyjeździe, z którego wróciłam niezadowolona, bo nie zdążyłam zwiedzić kilku miejsc, dotarło do mnie, że przecież i tak nigdy nie zobaczę wszystkiego. Mogę więc dalej biegać lub mogę odpuścić i przestać ścigać się sama ze sobą.

***

“Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać.
Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i swoje własne uczucia. Poświęcać się temu co sprawia przyjemność.
Ja zapisuję rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę.
To bardzo ważne, by siebie samego nie nastawiać na dzień czy na całe życie tak ambitnie, że niepowodzenie będzie nieuniknione. Jeśli człowiek chce za dużo osiągnąć, zaplanować, zrealizować, to jest stale z siebie niezadowolony.
A może po to, by być z siebie zadowolonym, wystarczy robić rzeczy, które są potrzebne, godziwe, warte, dobre, bez wymagania od siebie więcej, niż można osiągnąć.” 
W. Osiatyński

***

Ciągle ćwiczę odpuszczanie.
Znam siebie i wiem, że przed podróżą włączy mi się to przysłowiowe śmigiełko. Dlatego planowanie trasy i miejsc do zobaczenia zaczynam od przygotowania listy rzeczy, których na pewno NIE ZROBIĘ.

Przed styczniowym wyjazdem do Wenecji od razu napisałam, że na pewno nie popłynę na żadną wyspę. Murano, Burano, Giudecca, Torcello i inne cuda muszą zaczekać na inny moment.
Wykreśliłam też szukanie “ukrytych ogrodów”, o których dużo czytałam. Na logikę chodzenie po ogrodach zimą nie ma sensu, ale wolałam mieć to na piśmie.

Z rzeczy, które mi zostały zrobiłam listę miejsc i przeżyć rozłożoną na trzy dni w mieście.

*

Lista rzeczy do “nie-zrobienia” może brzmieć dziwnie, ale to zbawienie w każdej sytuacji, gdy chcę zrobić dużo mając mało czasu.
Sprawdza się nie tylko przy planowaniu podróży, ale też na co dzień. Na przykład, gdy wydaje mi się, że muszę zrobić wszystko i o wszystkim pamiętać. W takim momencie świadomie wybieram i zapisuję, co mogę i chcę odpuścić.
Nawet jeśli później czuję żal, że czegoś nie zrobiłam, przypominam sobie, że sama tak zadecydowałam.

*

Jest jeszcze druga rzecz, którą zacznę robić od kolejnego wyjazdu.
Wezmę gotową listę rzeczy do zrobienia i na starcie wykreślę jakieś 20%.
Bo im lepiej siebie znam, tym lepiej wiem, że to, co lubię najbardziej to spacery bez celu i obserwowanie ludzi.
Bo gubienie się w zaułkach bywa bardziej interesujące niż pójście w miejsce “must see”, a to, że ktoś je poleca nie znaczy, że dla mnie będzie tak samo ciekawe jak dla niego.

Jest tyle pięknych miejsc, ale ja ich nie zobaczę, bo nie chcę w biegu zapomnieć o tym, by na chwilę usiąść i wystawić buzię do słońca.

A presto!

 

 

Masz własne sposoby na podróżowanie w stylu slow? Podziel się nimi w komentarzu.
Chcesz pozostać na bieżąco? Zerknij na nasz profil:
* na Facebooku lub
* na Instagramie