Wenecja zimą. „Znak wodny” Josifa Brodskiego

Wenecja zimą. Podobno nikt nie pisał o niej tak pięknie jak Josif Brodski. Ukochał to miasto i przez siedemnaście lat spędzał w nim święta Bożego Narodzenia i połowę stycznia.
Jego „Znak wodny” przeczytałam tuż przed wyjazdem. Pozwolił mi poczuć klimat miasta bardziej niż jakikolwiek praktyczny przewodnik.

Zabieram Was na spacer. Zimowa Wenecja czeka.
To nie jest wpis o tym, gdzie iść i co zobaczyć. Po prostu, spójrzcie na miasto oczami osoby, która je wybrała, pokochała i ciągle wracała po więcej.

Wenecja zimą. „Znak wodny” Josifa Brodskiego

…Zaczynało mi się wydawać, że to miasto niejako włamuje się w centralne pole mojego widzenia, wyostrza się tak, że staje już prawie na krawędzi trójwymiarowości. Było czarno-białe, jak przystało czemuś, co wyłania się z literatury albo z zimy; arystokratyczne, mrocznawe, chłodne, o przyćmionych światłach, z pobrzdękiwaniami Vivaldiego i Cherubiniego w tle, z udrapowanymi w stylu Belliniego/Tiepola/Tycjana kobiecymi ciałami zamiast obłoków. I ślubowałem samemu sobie, że jeśli kiedykolwiek uda mi się wydostać z mojego imperium (…) pierwszą rzeczą, jaką uczynię, będzie wybranie się do Wenecji.

Toteż gdy w wieku lat trzydziestu dwóch ni stąd ni zowąd znalazłem się w trzewiach innego kontynentu, w środku Ameryki, zużytkowałem moją pierwszą pensję uniwersytecką na wcielenie owego marzenia w życie: nabyłem bilet powrotny Detroit-Mediolan-Detroit. (…) Potem była jazda pociągiem, a u końca tej jazdy jedyna znana mi w mieście osoba. Koniec był chłodny, wilgotny, czarno-biały. Miasto weszło w pole mojego widzenia. “A ziemia była pusta i próżna, i ciemności były nad głębokością, a Duch Boży unosił się nad wodami”, żeby zacytować autora, który zwiedzał te okolice wcześniej. A potem był ranek następnego dnia. Była niedziela i dzwoniły wszystkie dzwony”

***

“Zimowe światło w tym mieście! (…) Niebo jest orzeźwiająco niebieskie; słońce, umykając przed swoim złotym odwzorowaniem u stóp San Giorgio, posuwa się długim szusem nad niezliczonymi rybimi łuskami chlupoczących drobnych fal laguny… Resztka espresso na dnie naszej filiżanki stanowi jedyny punkcik czerni w promieniu- jak nam się wydaje- wielu mil. Takie są tutejsze popołudnia.
O poranku światło to napiera na nasze szyby, podważa nam powieki, jakby otwierało muszle, i kiedy już tego dokona, ciągnie nas za sobą na dwór: biegnie, trącając długimi promieniami- jak rozpędzony uczniak, przejeżdżający patykiem po żelaznych prętach ogrodzenia parku czy ogrodu- struny arkad, kolumnad, kominów z czerwonej cegły, świętych i lwów. “Odmaluj to! Odmaluj!”- nawołuje…”

***

“W zimie budzi nas w tym mieście, zwłaszcza w niedziele, dźwięk niezliczonych dzwonów, jak gdyby za tiulem firan w perłowoszarym niebie wibrował na srebrnej tacy gigantyczny porcelanowy serwis do herbaty. Otwieramy okno na oścież i pokój w jednej chwili zalewa ta kłębiąca się na zewnątrz, przesycona dzwonieniem mgiełka, która składa się po części z wilgotnego tlenu, po części z kawy i modlitw.”

***

“W takie dni miasto istotnie ma w sobie coś porcelanowego- jego kryte cynkiem kopuły przypominają czajniki lub odwrócone filiżanki, a pochyłe profile dzwonnic pobrzękują jak porzucone łyżeczki i roztapiają się w niebie.”

***

“Można nie wiem jak precyzyjnie ustalać sobie cel wyprawy przed wyjściem z domu- prędzej czy później zawsze się zagubimy w tych długich pokręconych zaułkach i pasażach, mamiących nas pozorną możliwością przeniknięcia ich wzrokiem, dotarcia do ich wymykającego się końca, którym jest zwykle nadbrzeże i woda, toteż nie można nawet nazwać ich ślepymi uliczkami.”

***

“Tak więc, wędrując przez te labirynty, nigdy nie wiemy, czy ścigamy jakiś cel czy uciekamy od samych siebie, czy jesteśmy łowcą czy zwierzyną.”

***

“Woda wydaje się to niebieska, to znowu szara lub brunatna; jest natomiast zawsze tak samo zimna i zawsze tak samo nie nadaje się do picia. A zanurzam w niej sito dlatego, że chcę wyłowić widoczne w wodzie odbicia, włącznie z moim własnym”

***

“Podróżowanie po wodzie, nawet na krótkie odległości, ma w sobie coś pierwotnego i podstawowego. Dowiadujemy się, że nie tu nasze miejsce- informują nas o tym nie tyle oczy, uszy, nos, podniebienie czy dłoń, ile własne stopy, czujące się dziwnie w roli organu czucia.”

***

“Woda rywalizując z firmamentem – ma w dzień odcień błotnistej zieleni, a w nocy jest smoliście czarna… Wygląda właściwie jak zapis nutowy muzyki odgrywanej dla nas bezustannie w rytmie przypływów, partytura, gdzie pięciolinie kanałów pocięte są niezliczonymi kreskami taktowymi mostów, pocętkowane nutami odbitych okien i legatowymi łukami architektonicznych zwieńczeń, że już nie wspomnę o wiolinowo wygiętych szyjach gondoli. Całe miasto zaś przypomina, szczególnie w nocy, gigantyczną orkiestrę, z oświetlonymi przyćmionymi światłem pulpitami palazzi, ze wzburzonym chórem fal…”

***

“(…) w zimie, gdy miejscowa mgła, słynna nebbia, nadaje temu miastu pozaczasowość większą, niż to bywa w wewnętrznym sanktuarium jakiegokolwiek pałacu, zacierając nie tylko odbicia, ale wszystko, co posiada kształt: budynki, ludzi, kolumny, mosty, posągi. (…) Strona lewa, prawa, góra i dół zamieniają się miejscami, i znaleźć drogę można tylko, jeśli się jest tubylcem lub ma przy boku jakiegoś cicerone. Mgła jest gęsta, oślepiająca i nieruchoma. Ta ostatnia jej cecha sprzyja nam jednak, jeśli wychodzimy na chwilę coś załatwić, powiedzmy- kupić paczkę papierosów; można bowiem wtedy znaleźć drogę powrotną, odnajdując tunel, jaki nasze ciało wyryło we mgle; jest prawdopodobne, że tunel nie zasklepi się przez pół godziny.”

www.italianostravenezia.org
http://nuovavenezia.gelocal.it
***

“O zachodzie słońca wszystkie miasta wyglądają prześlicznie, ale niektóre bardziej niż inne… W uliczkach zapada ciemność, lecz trwa jeszcze światło dzienne dla Fondamente i dla tego gigantycznego płynnego lustra… “Odmaluj to”, szepcze zimowe światło…
Oto światło zimowe w stanie najczystszym. Nie niesie z sobą ciepła ani energii: pozbyło się ich i pozostawiło za sobą, gdzieś we wszechświecie albo w pobliskim kumulusie.”

***

“…Pozostaje więc lektura albo szwendanie się, co prawie na jedno wychodzi, gdyż w nocy te wąskie kamienne szczeliny wyglądają jak przejścia pomiędzy regałami jakiejś olbrzymiej, zapomnianej biblioteki i panuje w nich podobna cisza. Wszystkie “książki” są szczelnie zatrzaśnięte, a ich treści można się jedynie domyślać na podstawie nazwisk na ich grzbietach, pod dzwonkiem u drzwi.”

***

“Zboczyłem w stronę San Marco w nadziei, że kawiarnia “Florian” będzie jeszcze otwarta. Właśnie ją zamykano; obsługa wynosiła krzesełka spod arkady i zakładała na okna przesłony z desek. Krótkie negocjacje z kelnerem, który przebrał się już i miał pójść do domu, ale z którym się znaliśmy, przyniosły pożądany rezultat i z tym rezultatem w dłoni wyszedłem spod arkady, mierząc wzrokiem obszar piazzy. Było całkowicie pusto, ani żywej duszy (…) Piazzę zaczynała ogarniać mgła. Był to inwazja cicha, ale niemniej inwazja. Widziałem jej włócznie i lance nadpływające od strony laguny, bez słowa, ale bardzo prędko, jak piechota w forpoczcie ciężkiej kawalerii (…) Teraz już w każdej chwili można było oczekiwać ich króla, Króla Mgły, wyłaniającego się zza roku w całej swej kłębiastej glorii.”

https://www.instagram.com/ilchiaroscuro_/
***

„Król Mgły wjechał cwałem na plac, ściągnął wodze wierzchowcowi i zabrał się do odwijania z głowy białego turbanu. Jego sznurowane sandały były mokre, podobnie jak jego szarawary; płaszcz usiany był przyćmionymi, krótkowzrocznymi klejnotami palących się lamp. Ubrany był w ten sposób, ponieważ nie miał pojęcia, które to stulecie, a tym bardziej- który to rok. Z drugiej strony, skąd mgła może wiedzieć coś takiego?”

www.venicein.com
***

“Łzę można w tym mieście uronić z kilku różnych okazji. Jeśli założyć, że piękno jest taką dystrybucją światła, która najbardziej odpowiada naszej siatkówce, łza jest formą przyznania się do niemożności zatrzymania przez siatkówkę – a także przez samą łzę – tego piękna na stałe.“
Wyjechać stąd to zostawić to miasto na zawsze.

                         Wyspa San Michele, na której pochowano Josifa Brodskiego

“Znak wodny” Josif Brodski, wydawnictwo ZNAK.

Jeśli ten wpis zainspirował Cię do poznania Wenecji, odezwij się w komentarzu. To dla nas ważna wskazówka, że idziemy w dobrym kierunku.
 Chcesz być na bieżąco? Zerknij na nasz profil:
* na Facebooku lub
* na Instagramie

  • Kocham Włochy, ale jakoś Wenecję dotychczas omijałem, zniesmaczony opiniami o rzekomym smrodzie i wilgoci. Czy to prawda? I jakże pięknie, że ktoś łączy podróże z czytaniem i się jeszcze tym co czyta tak zachwyca. Dodaję do ulubionych, i zapraszam na oczytanego faceta. Mam pewną propozycję…

    • Co do zapachów Wenecji powiem tak- byłam tam dwa razy- we wrześniu i teraz w styczniu i nie czułam żadnych nieprzyjemnych zapachów. Wilgoć owszem, ale to normalne. Być może sprawa wygląda inaczej latem przy wysokich temperaturach i stojącej wodzie, ale nie mam tego doświadczenia.
      Wenecję polecam, ale poza sezonem, gdy nie ma jeszcze tylu zwiedzających.
      Dziękujemy za dobre słowo i za propozycję! Czytanie powieści, których akcja rozgrywa się w miejscu, do którego jedziemy jest fajnym sposobem na to, by poczuć klimat miejsca i zacząć podróż wcześniej, w wyobraźni:)

  • na pierwszym zdjęciu uchwyciłaś spadającą gwiazdę ;-) ach, te zaułki, palazza odbite w wodzie, światło odbite przez fale koło gondol, cudo.

    • Cudo to właściwe słowo, a niebo przed wschodem słońca było przepiękne! :)

      • domyślam się, że przepiękny…. I nie mogę doczekać się maja- tylko jeden dzień, ale chcemy doświadczyć, „dotknąć” Wenecji. To i tak pewnie będzie pierwszy i nie ostatni pobyt ;-)